Wegetacja

Jak to mówi staropolskie przysłowie – jest chujowo, ale stabilnie. Na trzecim roku studiów mam problem z jednym z przedmiotów, zbliża się wizja egzaminu komisyjnego. Ale wbrew temu, co myślałam i czego się obawiałam, nie jestem ani załamana, ani zdołowana. Jakości dziwnie jestem pogodzona z tym, co się wokół mnie dzieje. W przyszłym tygodniu pogadam o tym z moim terapeutą, pewnie wyjaśni mi istotę tego mojego stosunku do obecnej sytuacji. Coraz rzadziej chce mi się umrzeć, za to coraz więcej chce mi się spać. Tydzień temu spałam dziewiętnaście godzin, serio. Przypuszczam, że ta senność jest efektem zwiększenia dawki leków na stany depresyjne i lękowe. Nie mam ochoty pisać wierszy, ani długich tekstów o czymś, co mnie boli. Nie mam ochoty pisać pracy licencjackiej, ale to raczej nie jest nic dziwnego, nikomu się nie chce. Wydaje mi się, że uleciało ze mnie to, co skłaniało mnie do pisania naprawdę długich tekstów, które miały jakąś głębię. Może po prostu z wiekiem staję się coraz bardziej zamknięta, a może nie mam potrzeby dzielenia się moimi przemyśleniami, a może po prostu chce mi się spać. Mój terapeuta jest trochę dziwny, mam do niego spory dystans. Nie jest dla mnie autorytetem, skończenie psychologii to raczej nie jest jakieś super dokonanie. Nie traktuję go jako przyjaciela czy wybawcę od problemów. Otaczam się barierą ochronną i jestem trochę arogancka, siedząc na fotelu w jego gabinecie. To trochę dziwne, bo poza gabinetem jestem kulką nerwów, szarakiem, który chce być niewidoczny. W jego gabinecie czuję się jak na innej planecie, w innym wymiarze, jakbym była kimś innym. Jakbym była bohaterką amerykańskiej słabej komedii romantycznej. Oczywiście nie byłoby happy endu w tym filmie. Jestem stale zmęczona i senna, trudno mi się funkcjonuje, zapominam brać leki, nie gotuję i nie sprzątam. Śpię tyle samo, co mój kot. Ja w łóżku, kot na kanapie. Męczy mnie to, bo chcę upiec szarlotkę, posprzątać łazienkę, wziąć prysznic, a nie mam siły, kompletnie nie mam siły, jakbym właśnie wróciła z ciężkiej pracy, a dopiero się obudziłam. Brak mi motywacji, brak mi sił. Chyba pójdę dalej spać.

Witamy w nowym roku

Byłam dzisiaj u lekarza psychiatry, coś tam pogadał, że zaburzone schematy poznawcze i że skieruje mnie na terapię. Fajnie, cieszę się, że to nie depresja. Każdy ma to, na co zasługuje, tak? Ciekawe, co ma autor tych słów.

Szczerze?

Nie obchodzi go to, że leżę zapłakana w łóżku. Gra w Path of Exile na kupionym miesiąc temu na kredyt komputerze stacjonarnym. Nie obchodzi go to, że płakałam przez niego. Nie obchodzi go to, że sprałam plamy z jego koszuli. Nie obchodzi go, że zamierzałam ugotować mu obiad. Obchodzi go to, że poprosiłam go, żeby poszedł do osiedlowej żabki po śmietanę do zupy i miałam dość słuchania „ZARAZ” powtarzanego co pół godziny. I zaczął krzyczeć na mnie, że gdyby nie on, to naczynia stałyby niepozmywane, a pranie nie złożone do szafy. Strasznie się zaczął puszyć, że co to nie on. I nieważne, że szorowałam tę jego koszulę szarym mydłem, żeby plamy z tłustego żarcia zeszły. I nieważne, że zrobiłam pranie, że łazienka jest posprzątana. Ja nie mam prawa poprosić, żeby coś zrobił dla mnie TERAZ, nie ZARAZ. Nie mam prawa prosić o przysługi, bo sama przecież całymi dniami się wyleguję. No i nie mam prawa mu odbierać ulubionej rozrywki, czyli grania na kompie. Nie mam prawa zapominać, że komputer jest najważniejszy, dopiero później, gdzieś na dole listy jestem ja. Ja i moje potrzeby. Ja i moje problemy. Zwykłe ludzkie prośby. Nie mam prawa niczego wymagać. Mój facet.

Moja mała paranoja

Moja codzienność? Nieustające poczucie, że jestem najgłupszą osobą w pokoju, że jestem najbardziej irytująca i żałosna, że jestem największą ofiarą losu, pierdołą i brzydotą z kilogramem tynku na ryju. Nieustające poczucie, że nikt mnie nie lubi i nie akceptuje, czujne wychwytywanie krzywych spojrzeń, które są dla mnie najgorsze. Najbardziej fałszywe i zdradzieckie. To tylko spojrzenie, wywócenie oczami, ale zawsze towarzyszy temu niewypowiedziany głośno komentarz: boże, co za idiotka, jezu jaka spasiona, matko co za durna pizda. Ja to wyłapuję, ja to wszędzie widzę. Nawet tam, gdzie tego nie ma. Mam zbyt wielką potrzebę akceptacji. Ale widzę też, kiedy ktoś naprawdę darzy mnie szczerą sympatią, doceniam każdy szczery uśmiech posłany w moją stronę. Ale i tak czuję się jak piąte koło u wozu, osoba na siłę wciągnięta do obcej rodziny. Panna przywieziona z wielkiego miasta. Laska, która nie ma nic mądrego do powiedzenia. Która nie wie, co zrobić, kiedy On ma gorączkę. Która dwie godziny szykuje się na świąteczny obiad. Wiem, że jestem gdzieś między paranoją a spostrzegawczością, ale nie wiem, w którą stronę dalej, mocniej, bardziej.
Życzę wam, żebyście spali spokojnie, nie musieli się upijać i brać leków uspokających, żebyście czuli się lubiani i potrzebni, żebyście nie czuli się jak gówno.